Względna obrona pewnej gafy

    Ostatnio sporo szumu wywołała wypowiedź lidera „Nowoczesnej”, Ryszarda Petru, który miał odezwać się w te słowa: „Dobrze by było, aby w Polsce ludzie, którzy mają inną orientację niż heteroseksualna nie musieli się tego wstydzić, co nie znaczy, że muszą się z tym obnosić”. Wielu publicystów, w tym internautów (dziś każdy internauta to publicysta „na swoim”), zaatakowało polityka, zwracając mu uwagę na niespójność jego przekazu z nazwą partii, którą kieruje – a czasem po prostu zarzucając mu homofobię, hipokryzję… lub nawet używając jeszcze jednego słowa na „h” (choć inaczej się pisze).
    Taką falę dezaprobaty wywołał chyba w tym miesiącu jeszcze tylko prof. Zbigniew Stawrowski, publikując w „Rzeczpospolitej” wywód, że klaps może mieć funkcje wychowawczą.
    O tym drugim – na końcu. Co do słów Ryszarda Petru, to rzecz jasna, że nie są nowoczesne i brzmią, jakby wygłosiła je pani Dulska. A jednak chciałbym w ograniczonym sensie wystąpić w jego obronie.
    Mimo starannego podtrzymywania iluzji, że w swoich sądach jesteśmy niezawiśli, stanowimy ze swoimi poglądami produkt warunków kulturowych, w których się wychowaliśmy. Jeśli się żyje odpowiednio długo – bez przesady: wystarczy ze czterdzieści lat, zwłaszcza, jeśli w kulturze zachodzą gwałtowne przemiany – można dostrzec ze zdziwieniem, że kiedyś bawiły nas dowcipy, które dziś uważamy za okropnie niesmaczne, albo że mieliśmy za pewnik coś, co dziś budzi najwyższe wątpliwości. Zazwyczaj wynika to co najmniej w równej mierze z własnego namysłu i osobistych doświadczeń, jak z faktu, że zmieniła się wokół nas atmosfera moralna. Prosty przykład: jako dziecko, a jeszcze nastolatek, śmiałem się nieraz z dowcipów o „wariatach” (jeszcze w 1977 roku Woody Allen opowiedział jeden z nich w finale nakręconego wtedy filmu „Annie Hall”). Dziś nawet samo to słowo, jeśli nie występuje w specyficznym kontekście bardzo przyjacielskiej pogawędki (typu: „ależ ty wariat jesteś”, w znaczeniu: lubię cię za tę twoją ekstrawagancję/lekkomyślność), wydaje mi się okropnie prymitywne. Na co złożyło się, jak sądzę, zarówno to, że w społeczeństwie wzrosło zrozumienie nieszczęścia, jakim jest choroba psychiczna, jak to, że zdarzyło mi się tymczasem odwiedzać kogoś w szpitalu psychiatrycznym i niech mnie ręka boska broni, żebym miał z tego żartować.
    To rozpoznanie, że do swoich przekonań dochodzimy nie osobno, ale razem z innymi, może się wydawać przygnębiającym dowodem na naszą ZEWNĄTRZSTEROWNOŚĆ, o której nieraz w tym dzienniku pisałem z dezaprobatą. Ale to pozór, gdyż nie chodzi o bezrefleksyjne przyklejanie się do opinii większości, lecz o włączanie jej do rachunków, jakie mamy sami z sobą. Najlepszy dowód, że zazwyczaj nasze poglądy nie zmieniają się z dnia na dzień, lecz ewoluują stopniowo, niekiedy przez lata. I dobrze, że ewoluują: uparte trzymanie się powszechników (oczywistości, uznawanych przez większość społeczeństwa) sprzed dekady albo półwiecza, dowodzi nie tyle szlachetnego konserwatyzmu, ale właśnie – nie mówię, że bez wyjątków – braku samorozwoju.
    W sprawie homoseksualizmu powiem teraz jak jeden z najstarszych Indian w rezerwacie: doskonale pamiętam, że w czasach, kiedy chodziłem do liceum (późne lata siedemdziesiąte), nasza kultura była pod tym względem niesłychanie restrykcyjna. Ktoś, kto nie był, jak dziś się mówi, „heteronormatywny”, był po prostu zboczeńcem i tyle. O krewnym, który mimo upływu lat nie miał żony i wyjeżdżał na urlop z jakimiś panami, mówiło się ściszonym głosem, jakby coś defraudował. Żeby uporać się z przypadkiem wybitnego tancerza, którego się mimo wszystko (!) podziwiało, sięgało się po ironię, nie zawsze odróżnialną od szyderstwa. Co do innych przypadków, zwłaszcza homoseksualnych kobiet, stosowało się zaprzeczenie-za-wszelką-cenę, a jeśli nie dało się inaczej (a nie dawało się często) – zostawała pełna zgorszenia dezaprobata. Sprzyjał temu fakt, że wielu szlachetnych ludzi nie życzyło sobie ŻADNYCH plotek na swój temat i swoje życie seksualne, homo- czy hetero-, obejmowało całkowitą tajemnicą (w efekcie zresztą taki np. Jerzy Stempowski został przez pewnego badacza homoseksualizmu wciągnięty pośmiertnie na listę ofiar homofobicznej kultury, choć miał dwoje nieślubnych dzieci, o czym mało kto wie; że niekoniecznie jest to argument rozstrzygający, to jasne, ale – tak czy tak – na ile umiem go sobie wyobrazić, nie myślę, żeby bez zażenowania czytał o swoim życiu prywatnym, ze wzmianką o nieślubnych dzieciach włącznie).
    Przyjmowało się przy tym bezrefleksyjnie, że homoseksualizm jest skutkiem WYBORU. Może podejmowanego bez świadomości, co z tego wyniknie, ale jednak – wynikiem swobodnego pokierowania swoim popędem w inną stronę, niż NALEŻY. Pamiętam, że pierwszym momentem, który naruszył moją pewność, że w tej materii wszystko jest takie, jak mówili rodzice, było (dopiero w okresie studiów!) poznanie bliżej dwóch homoseksualistów, z których mniej lub bardziej otwartych zwierzeń zorientowałem się, że swojej tożsamości nie ukształtowali, lecz ją odkryli, i to – zgodnie z normami kultury, która także ich ukształtowała – uczynili to z przerażeniem. Z czego trudno było nie wywieść pytania, co ze sobą ma zrobić człowiek, który uświadamia sobie, że jest inny, niż większość (a nikogo nie krzywdzi, przynajmniej nie bardziej, niż, na swój sposób, każdy z nas).
    Opowiadam o tym dlatego, że mam za sobą naprawdę długą drogę: od szydzenia z „pedziów” w podstawówce, po głęboką dezaprobatę dla jakiegokolwiek ograniczania praw osób homoseksualnych. Jestem dziś za formalną legalizacją ich związków (sądzę jedynie, że nie muszą się nazywać „małżeństwami”, i uważam to za filologiczną kosmetykę, ale to może resztka mojego wyjściowego konserwatyzmu), nie widziałbym problemu w ich prawie do adopcji dzieci, a co do zasad mojego Kościoła, to sądzę, że prędzej czy później uzna się, iż należy im się indywidualne „rozeznanie” nie mniej, niż rozwodnikom w związkach niesakramentalnych. Pamiętam jednak kolejne etapy, przez które musiałem przejść, żeby znaleźć się tu, gdzie jestem. Zdanie „Dobrze by było, aby w Polsce ludzie, którzy mają inną orientację niż heteroseksualna nie musieli się tego wstydzić, co nie znaczy, że muszą się z tym obnosić” było jednym z tych etapów. Dodajmy, że bodaj przedostatnim; kiedy już wypowie się je z przekonaniem, wystarczy zadać już tylko dwa pytania: (1) co to znaczy „obnosić się ze swoją seksualnością”? (uczciwa refleksja wykaże wtedy, że – obowiązujące zarówno homo- jak heteroseksualistów zasady savoir-vivre’u, czyli, uwaga, nie wykluczające publicznie okazywanej partnerowi/pertnerce czułości), oraz (2) a co złego w tym, że trochę się ze swoją seksualnością obnosimy, to znaczy dajemy się innym ludziom zdefiniować? (dla uniknięcia nieporozumień, które bywają bolesne, bo dotykają intymnej sfery naszych przeżyć, zgłaszamy przecież swoją gotowość lub jej brak do nawiązywania pewnego rodzaju kontaktów – nazywamy to „flirtem” lub „atrakcyjnością” i wiemy, że nie musi to prowadzić bynajmniej do współżycia).
    Innymi słowy, można mieć oczywiście pretensję do polityka, mającego wizerunek człowieka nowoczesnego (zgodnie z nazwą partii), że ujawnia, a w jakiejś mierze rozpowszechnia stanowisko nie domyślane do końca. Ale zważywszy, jakie poglądy wciąż dominują w naszym społeczeństwie, uważam, że ludzi, którzy tradycyjną niechęć do homoseksualistów poddają już jakiejś refleksji, nie należy atakować. Prawdopodobnie za jakiś czas, jeśli się ich nie zrazi i nie doprowadzi do reaktywnego cofnięcia się z poglądami do stanu wyjściowego, zrobią oni kolejny krok, czy ile tam ich jeszcze potrzeba. A nawet jeśli nie, to stanowisko, że w homoseksualizmie, tak jak w kolorze włosów czy kształcie nosa, nie ma niczego wstydliwego („choć nie należy się z tym obnosić” – ?!), jest doprawdy znacznie lepsze niż np. pogląd, że homoseksualistów należy reedukować w obozach pracy, co przed laty całkiem serio postulowała moja (była) znajoma. I taką modyfikację stereotypu warto docenić.
    Gdyż, jak pisał Umberto Eco: w czystości (ideowej) najgorszy jest pośpiech.

    PS. Bez takiego przekonania, bo „podsądny” jest filozofem i wolno więcej od niego wymagać, skłonny byłbym bronić także Zbigniewa Stawrowskiego przed intelektualnym linczem (trudno mi inaczej określić falę hejtu po jego wypowiedzi dla „Rzeczpospolitej”). Jego artykuł znam jedynie ze streszczeń, więc może napisał coś gorszego, ale jeśli zasadnicza jego myśl sprowadzała się do rozróżnienia między wychowawczym (w intencjach) klapsem, a wynikającym z braku opanowania katowaniem dzieci – to tego poglądu jeszcze kilka lat temu sam z przekonaniem bym bronił. A mówiąc dokładniej: w prywatnej rozmowie z człowiekiem, godnym zaufania, broniłbym może (z licznymi zastrzeżeniami) i dziś, natomiast zdecydowanie nie publikowałbym tego publicznie. Nie dlatego, że pani Dulska jest jednak moją idolką, tylko dlatego, że bardzo bym się bał, że swoimi słowami mogę mimowolnie stworzyć alibi dla barbarzyńskich rodziców, którzy po prostu piorą swoje dzieci, bo tak najłatwiej. Nic łatwiejszego, niż wyładować na słabszym swoją agresję. A nigdy nie wiemy, czy naszego tekstu w gazecie nie czyta z ulgą jakiś rodzic-furiat.

Głupia mina ekspostkatolika

źródło: www.gnosis.art.pl

źródło: www.gnosis.art.pl


    Wiele, wiele lat temu, będąc na wakacjach w Krakowie, zostałem przez znajomą, na którą natknąłem się przypadkowo na ulicy, zaciągnięty do namiotu Teatru Stu. Odbywało się tam spotkanie z pewnym tybetańskim mnichem. Miał opowiadać o buddyzmie, potem przeprowadzić „wizualizację bóstwa”, co oczywiście mnie podekscytowało, a potem udzielić nauk specjalnych. Zebranym powiedziano, że jeśli ktoś chce uczestniczyć także w tej części, to oczywiście może, ale jego decyzja będzie równoznaczna z przystąpieniem w sumieniu do buddyzmu. I niemała część publiczności w tym momencie wyszła. Ja też.
    Dość szybko chyba uświadomiłem sobie, że w tym wyjściu było coś nieoczywistego, a sympatycznego. Bo przecież nikt by nas pod pistoletem do buddyzmu potem nie zmuszał. I od biedy można było przyjąć perspektywę zimnego badacza: zostaję, żeby poznać, co też mówi się dla wtajemniczonych. A ponieważ generalnie w nic z tego nie wierzę, więc też żadne zobowiązanie z tego nie wynika. Jednak ludzie zachowali się inaczej. Zgoda, że może w części obudził się pierwotny, zabobonny lęk (wówczas o tym nie pomyślałem). Ale chyba więcej było w nas humanistycznej lojalności wobec goszczącej nas wspólnoty: ci, którzy to spotkanie zorganizowali, oczekiwali przestrzegania swoich reguł. Więc my z tej gościny skorzystaliśmy, ale wobec tego nie łamiemy warunku, który został nam postawiony. Nie dlatego, że w niego wierzymy; dlatego, że stawiający go zasługują na szacunek.
    Przypomniało mi się to wczoraj, w związku z reakcją prezydium Episkopatu Polski na akcję „Przekażmy sobie znak pokoju”. Mam z tym bowiem poważny problem.
    Historia mojego katolicyzmu nie jest prosta. Wychowany w katolickiej rodzinie, byłem ministrantem i lektorem (informacja dla niewierzących: ten drugi tytuł to, upraszczając, coś w rodzaju „dyplomowanego ministranta”). Jak pewnie wielu wierzących chłopców, wkrótce po maturze rozważałem przez parę tygodni, czy nie mam powołania i nie powinienem pójść do seminarium duchownego.
    Kilka lat później rozsypała się moja młodzieńcza wiara; wiele tam było czynników, ale przeważającym impulsem było doświadczenie śmierci kilkorga bliskich mi ludzi. Przy czym zdecydowanym ateistą byłem najwyżej parę tygodni; wkrótce mój światopogląd ustabilizował się na czymś w rodzaju religijności bezwyznaniowej, mocno podszytej gnozą.
    Minęło znów kilka lat. Zupełnie przypadkiem natknąłem się na teksty Mikołaja Bierdiajewa. To było olśnienie. Zwłaszcza zachwyciła mnie formuła: ” jestem wierzącym wolnomyślicielem”. Nawet poszedłem na nabożeństwo do cerkwi, ale tu okazało się, że za dużo we mnie polskiego lęku przed kulturą rosyjską i za dużo nadziei, że całe prawosławie przeniknięte jest duchem Bierdiajewa (raczej nie jest). Ale sama gotowość, by jednak uczestniczyć znów w liturgii, spowodowała, że zacząłem przymierzać się do powrotu do Kościoła katolickiego.
    Tylko że to było już po 1989 roku i Kościół w wolnej Polsce. Mówiąc półżartem, Bóg, jeśli jest, postanowił sprawdzić mój stopień determinacji, bo z zadziwiającą konsekwencją, zachodząc na msze, natykałem się przez następne dziesięciolecie na kaznodziejów… trudnych do zaakceptowania. Dopiero u progu XXI wieku spotkałem ks. Andrzeja Lutra, arcybiskupa Życińskiego, biskupa Chrapka; wreszcie zostałem, ku swojemu zdziwieniu zresztą, zaproszony do kręgu czasopisma „Więź”. A że moje sprawy osobiste dotarły wcześniej do tego stopnia chaosu, który jest już w najściślejszym sensie niebezpieczny dla życia, odkryłem znowu wartość skupienia, jakie – proszę mi darować tę wykluczającą formułę – poza świątynią jest chyba trudne do osiągnięcia. I po okresie post-katolickim mianowałem się eks-post-katolikiem, biorąc zresztą za dobrą monetę formułę ks. Lutra.
    Człowiek powinien być konsekwentny w swoich wyborach i raczej nie upodabniać się do jojo. Dlatego to, co dzieje się w moim – na nowo moim – Kościele w ostatnich latach, a zwłaszcza miesiącach, budzi moje najwyższe zakłopotanie. Słysząc nieraz apele, by ludzie przyzwoici z tej autorytarnej, prawicowej organizacji się wypisywali, tłumaczyłem sobie i innym, że Kościół jest rozmaity, a przy tym to nie to samo co Klub Miłośników Parowozów, z którego można się wypisać, albo zmienić go na Klub Harleyowców. Że ta tożsamość jest głębsza, prawie równie głęboka, jak tożsamość narodowa. A przecież z tego, że nie podoba mi się obecny rząd i entuzjazm dla niego 30-40% obywateli, nie wynika, że przestanę być Polakiem.
    Póki problemem moim byli niektórzy publicyści, określający się jako katoliccy, ksiądz Rydzyk, albo nawet część biskupów – ale, mimo rozmaitych zastrzeżeń, nie mój „biskup miejsca” – uważałem, że sprawa jest raczej przykra niż poważna. Moim obowiązkiem było trzymać się ludzi, których cenię i podziwiam, a których potocznie określa się terminem „katolicyzm otwarty”. Ale wydarzenia ostatnich dni sytuację zaostrzyły na tyle, że muszę zacząć myśleć o niej w kategorii „konfliktu sumienia”.
    Redakcje „Więzi”, „Znaku” i „Tygodnika Powszechnego” objęły patronatem medialnym akcję ruchu LGBT „Przekażmy sobie znak pokoju”. Chodzi w niej o przypomnienie dość banalnej, wydawało mi się, prawdy, że homoseksualista jest moim bliźnim. Że napisano „nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”. A także – w planie już nie religijnym, lecz obywatelskim – że z nakazów religii wynika wprawdzie pewien sposób życia, jednak we współczesnym świecie nie ma ani powodu, ani zresztą możliwości, by ten sposób życia był jedynym, tolerowanym przez państwo.
    Tymczasem prezydium Episkopatu, czyli ciało jeszcze ciągle nie wiążące dla mojego sumienia jako katolika, ale jednak zbyt poważne, by wzruszać ramionami, wydało oświadczenie, że katolicy w tej akcji nie powinni brać udziału.
    Choć pierwotne intuicje religijne, tak wstępne, że równie dobrze można je nazwać intuicjami metafizycznymi, są – jak mi się zdaje – wcześniejsze od wszelkich form socjalizacji, to przecież nie da się ukryć, że mój sposób wyrażania tych intuicji, moja wyobraźnia religijna, a też po prostu moje sumienie ukształtowane zostały w katolicyzmie.
    Równocześnie od dawna uważam, że w pewnej chwili przestajemy być dziećmi. W tym sensie, że kiedyś należy zacząć słuchać przede wszystkim głosu własnego sumienia. I nie ulegać władzy duchownej, jeśli domaga się ona dyscypliny w sprawie, w której moje sumienie podpowiada co innego. Nie chodzi o nierozważne podskakiwanie, ani o krnąbrność dla krnąbrności. Wiele zła w Polsce stało się w wyniku hasła: „Szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie”. Pewna dawka pokory jest niezbędna, ale nie może ona, jak mi się wydaje, prowadzić do stania się człowiekiem ZEWNĄTRZSTEROWNYM.
    Tymczasem w tej sprawie (a skoro już te drzwi otwieram, to nie tylko w tej) moje sumienie podpowiada mi co innego, niż głoszą ważni pasterze mojego Kościoła. KTOŚ TU SIĘ MYLI.
    I co teraz? Można, tak jak to robię od pewnego czasu, traktować Kościół jako rodzaj instytucji usługowej, zapewniającej mi mniej więcej raz w tygodniu godzinę skupienia (liturgii). Ale czy przypadkiem nie zaczynam wtedy swojej (!) wspólnoty traktować gorzej, niż tamtej wspólnoty tybetańskiej, która poprosiła mnie, bym – jeśli nie zamierzam w pełni przyjąć jej nauk – wyszedł z namiotu Teatru Stu? Z drugiej strony: czy jeśli założyć, że moje sumienie się nie myli, to odchodząc nie osłabiam nurtu, który ma szansę ulepszać (choć powoli) kształt Kościoła, uświadamiać pasterzom („po bratersku”) pomyłki? Zwłaszcza, że aktualnemu papieżowi chyba jednak bliżej do „katolicyzmu otwartego”, niż do autorytarnych marzeń o bardzo konserwatywnym, o ile nie wprost nacjonalistycznym, Kościele polskim?
    Nie chcę podejmować decyzji pochopnie, ale dylemat, przed którym stawiają mnie obecnie miejscowi biskupi, widzę dziś z większą ostrością, niż przez poprzednich kilkanaście lat.

Jeszcze trochę o Berlinie. Charlottenburg.

    Postanowiłem wrócić jeszcze do ostatniego pobytu w Berlinie. Tym razem będzie o sztuce, właściwie, czystej. Lub może: czysto o sztuce.
    Charlottenburg to dzielnica znana głównie z pałacu i ogrodu. Ale dosłownie vis a vis głównego wejścia do pałacu znajdują się trzy muzea, których nie powinno się przeoczyć, jeśli się lubi sztukę ostatnich lat stu pięćdziesięciu. Jedno to Museum Berggruen. Drugie – Sammlung Scharf-Gerstenberg. Trzecie – Museum Bröhan.
    Muzeum Berggreuna prezentuje zbiór obrazów, przekazany miastu w 2000 roku przez kolekcjonera, który sprzedał go za bardzo niewygórowaną sumę oraz prawo do mieszkania w lokalu nad salami wystawienniczymi. Opowiadano nam, że jeszcze krótko przed jego śmiercią zdarzało się, iż schodził na dół, przyglądał się obrazom i chętnie opowiadał o nich zwiedzającym, jeśli go poznali i zagadnęli. Są tu, przede wszystkim, dzieła Pabla Picassa i Paula Klee, a też Alberto Giacomettiego.
20160816_114424
20160816_125714
20160816_125113
20160816_123159
20160816_115641
20160816_121028

    W bliźniaczym pałacyku po drugiej stronie ulicy jest z kolei kolekcja Scharfa-Gerstenberga. Także prywatny zbiór, zorganizowany wokół intrygującego założenia. Otóż Dieter Scharf (honorujący w nazwie kolekcji swojego teścia, Ottona Gerstenberga) zafascynował się surrealizmem, ale postanowił go pokazać jako samoświadomy wykwit tendencji, która narastała przez stulecia, a potem też nie znikła, lecz wtopiła się w inne nurty. Mamy tu więc, oczywiście, Maxa Ernsta
20160816_144414

czy mojego ukochanego Yvesa Tanguy, ale całość zaczyna się od… Piranesiego, obejmuje innego mojego idola – Odilona Redona
20160816_141933

20160816_143622

a kończy się na Hansie Bellmerze i Nowym Brutalizmie.
20160816_142120

Po drodze zaś eksponowane są zdumiewające doprawdy grafiki z połowy XIX wieku, jak ta – Charlesa Méryona
20160816_141717

lub ta, sygnowana przez Victora Hugo. Całe życie się człowiek uczy: kto może mnie oświecić, co autora „Nędzników” skłoniło do tego rodzaju… eksperymentów?
20160816_144532

    Wreszcie Muzeum Bröhana poświęcone jest sztuce użytkowej i dekoracyjnej z przełomu XIX i XX wieku. Była tu akurat wystawa o trwającej w tym okresie konkurencji między designerami z Francji i Niemiec. Wydawało mi się, że sporo o tym wiem, ale odkrywcze było dla mnie pokazanie, jak ta sama z pozoru „secesja” francuska (Art Nouveau) i niemiecka (Jugendstil), w wyniku pomijalnych, zdawałoby się różnic w warunkach technologicznych i społecznych w obu krajach, prowadzi: we Francji do Art Deco, a w Niemczech do funkcjonalizmu.
    Z tym, że najbardziej szokujące było dla mnie co innego – i ewentualnych historyków sztucznych bardzo przepraszam za podniecanie się sprawą, która dla nich pewnie jest oczywista. Otóż jednym z podręcznikowych przykładów secesji niemieckiej jest fasada pewnego atelier fotograficznego w Monachium, zniszczona w latach trzydziestych przez hitlerowców jako egzemplarz „sztuki zdegenerowanej”. Ocalała tylko czarno-biała fotografia i w tej właśnie postaci znałem atelier „Elvira” (według projektu Augusta Endella).
    Otóż (zdaje się, że na podstawie notatek architekta) tę fotografię pokolorowano. No więc jeśli tak to wyglądało, to dziecko we mnie ryczy ze szczęścia (wyrafinowanym smakoszom się kłaniam, ale ja po prostu uwielbiam jaskrawe zestawienia kolorów – i gdyby nie niedostatek odwagi cywilnej, najchętniej ubierałbym się… no, co najmniej w miksturze barwnej takiej, jak poniżej). Precz z czerniami i szarościami, niech żyje papuziość!
    (Ale plakatów Alphonse’a Muchy to ja już niestety nie mogę – też tam były. 36 lat temu nie mogłem się ich napatrzeć. Co się stało? Czy spojrzenia milionów mogą WYSSAĆ z czegoś piękno?).
20160816_164500

Skomplikowane wczoraj i proste dziś

    Pochodzę z domu (jednego z wielu takich domów w Polsce), w którym bardzo silny był przekaz antyniemiecki. Jak miało być inaczej? Jeden dziadek – wygarnięty z warszawskiego domu w ramach akcji AB i zagazowany w Auschwitz. Drugi dziadek – po kampanii wrześniowej trafił jako jeniec do Oflagu, nie przeżył forsownego marszu, gdy nakazano ewakuację obozu przed zbliżającą się Armią Czerwoną. Do tego trzeba dołożyć doświadczenia okupacyjne warszawskiej części mojej rodziny, Powstanie (jeden z kuzynów dziadka zginął na Czerniakowie, drugi uratował się cudem, bo przepłynął wpław Wisłę) i wysiedlenie do obozu w Pruszkowie, zniszczone domy, utratę mienia (w opowieści warszawska babcia wchodzi bodaj w lutym 1945 do mieszkania, z którego wygnano ją z dziećmi w Sierpniu, w stropie i podłodze salonu jest dziura po bombie, babcia zagląda do zwęglonego kredensu i znajduje tam stopione w jedną masę talerze z zastawy stołowej). Mój Ojciec jeszcze rok czy dwa przed śmiercią, w pierwszej połowie lat 80., jadąc na wycieczkę do Poczdamu denerwował się, jak zniesie otaczający go zewsząd język niemiecki.
    Dodajmy jeszcze przekaz propagandowy w szkole, w telewizji, przez radio, w kinie, w gazetach. Niemcy byli narodem potworów – przerażających, podłych, a do tego nieestetycznych (!) i , w wydaniu dla młodzieży, niemądrych. Jeśli ktoś (jakiś artysta czy filozof) do tego obrazu nie pasował, jego przynależność narodowa zostawała przemilczana lub zatarta: jak Bach, Tomasz Mann czy Marlena Dietrich. Za zachodnią granicą, krótko mówiąc, żyły monstra, które dlatego tylko nie robiły już innym krzywdy, że trzymał ich za mordę Związek Radziecki; a ponieważ Zachód trzymał ich za mordę mniej, RFN była ojczyzną kryptohitlerowców.
    Tak, taki dokładnie przekaz otrzymałem z domu. Dopiero w latach osiemdziesiątych coś się zaczęło zmieniać. Ni z tego ni z owego zaczęły się mimochodem jakieś pokątne opowieści o tym, że raz na jakiś czas spotykało się jednak „dobrego Niemca” (to brzmiało mniej więcej tak, jak „czuły welociraptor”). A to kuzynka, sanitariuszka w Powstaniu, która, złapana, przeżyła własną egzekucję, wczołguje się ranna na piętro kamienicy, w której piwnicy starano się ją zabić, i tam spotyka patrol niemiecki; jeden z żołnierzy daje jej w milczeniu znak, żeby się nie ruszała, po czym wraca bez kolegów i ją opatruje. A to w czasie selekcji w Pruszkowie jakiś podoficer Wermachtu widzi, że babcia przeciąga mojego ojca, wówczas jedenastolatka, na swoją stronę, stronę kobiet z dziećmi, i nie reaguje. A to pod Włocławkiem stacjonujący w domu drugiej babci oficer mówi mamie (ciekawe zresztą, w jakim języku), że zostawił w domu córeczkę w takim samym wieku, i pociesza, że jeśli jej ojciec nie wróci z wojny, to on się nią zaopiekuje („Ale to był Austriak”, zawsze podkreśla na koniec tej historii moja mama, jakby Austriacy byli lepsi od Niemców z Rzeszy, co przecież nie było prawdą).
    Równocześnie odkrywam podczas studiów pisma Fryderyka Nietzschego, o którym w polskich podręcznikach znajdowałem wcześniej zdanka w rodzaju: „powtórzył to, co napisał wcześniej Juliusz Słowacki, tyle że z brutalnością pruskiego junkra” – cytuję z pamięci, ale naprawdę tak go przedstawiano, a i to była wersja soft, bo w wersji hard Nietzsche występował po prostu jako filozof-założyciel hitleryzmu. Interesując się przełomem wieków zaczynam go czytać z reprintów, wydawanych na koszmarnym, grubym papierze przez… uczelniany ZMS (!!!) – i orientuję się błyskawicznie, że ani z niego junkier, ani hitlerowiec, bo dokładnie na odwrót. Ale kiedy jeszcze idę na kurs niemieckiego (nie pamiętam, kiedy dokładnie, jakoś na przełomie lat 80. i 90.), to mam jednak poczucie jakiegoś straszliwego przekroczenia. Ich studiere Literaturwissenschaft und ich lerne Deutsche sprechen, Matko Boska, czy w moich ustach nie wyrastają kły? (Naukę zresztą przerywam po roku i wracam do niej dopiero tej jesieni).
    Tylko że – znów równocześnie – zaczynam wyjeżdżać za granicę i tam spotykać Niemców-rówieśników. I przestaje mi się cokolwiek zgadzać. Bo (wiem, to akurat był przypadek) trafiam z reguły na niezwykle sympatycznych, kontaktowych ludzi, uprzejmych i wesołych, niepozbawionych świadomości, że rozmowa Niemców z Polakami to coś innego, niż, powiedzmy, Włochów z Holendrami. Ci Niemcy (jakaś para, spotkana na Węgrzech, autoironiczny Wolfgang – sinolog z Berlina, przeurocza Ursula – tłumaczka literatury polskiej, przesympatyczny Karl – lekarz i społecznik, i tak dalej) każą mi zastanawiać się, dlaczego tak zupełnie nie pasują do schematu, wyniesionego przeze mnie z domu. Zaczynam odkrywać, co się stało w Niemczech w latach 60., jak pokolenie kontrkultury przeprowadziło realną, to znaczy mentalną denazyfikację swojego narodu (co, nawiasem mówiąc, w Austrii zachodzi dopiero teraz i to z oporami, zdaje się…), jak głęboko przeprowadzono zbiorowy rachunek sumienia, jak późno i z obawą zaczęto wypracowywać (po)nowoczesną koncepcję narodu, pełną „bezpieczników”, chroniących przed wysokoenergetycznym nacjonalizmem. Uświadamiam sobie stopniowo, że Berlin przed 1933 rokiem był miastem kosmopolitycznym, przyjaznym dla wszystkich liberalno-lewicowych freaków, dlatego tak nienawidził go początkowo Goebbels – i teraz próbuje do tej właśnie, a nie do brunatnej tradycji nawiązywać. Długo rozmawiam z Karlem na temat powierzchownej denazyfikacji powojennej, a on, choć wyborca SPD, mówi o Adenauerze coś zastanawiającego: że po doświadczeniach republiki weimarskiej Adenauer, w kwestii nazizmu akurat czysty jak łza, uznał, że musi, przy całej obrzydliwości etycznej tej decyzji, związać byłych członków NSDAP, jeśli tylko nie udowodniono im bezpośredniego udziału w zbrodniach, z liberalną Bundesrepublik, inaczej wyhoduje przywiązaną do nazizmu opozycję, która prędzej czy później dokona w państwie kolejnego przewrotu… No i, last but not least, przypominam sobie, że w latach osiemdziesiątych to z Niemiec przychodziła największa pomoc humanitarna dla Polski: taki gest, którego nie trzeba było objaśniać, bo jego niewypowiedziany sens był przecież jasny.
    Ktoś na to powie: ale są w Niemczech neonaziści. No, tak. U nas też, choć udają, że są jedynie gorliwymi patriotami i katolikami (!!!) na dodatek. Coś z tego dla naszej ZBIOROWEJ samooceny wynika?
    Więc, żeby ten przydługi wywód krótko skończyć, jeśli ktoś we wrześniu 2016 roku daje współpasażerowi tramwaju w twarz za mówienie po niemiecku, a przywódca naszych nacjonalistów komentuje to na Twitterze, że należy się jedynie dziwić, dlaczego dopiero dziś – to ktoś tu w ogóle nie odrobił lekcji historii najnowszej, a o naszych zachodnich sąsiadach wie tyle, ile wynika z „Czterech Pancernych”, a i to nie ze wszystkich odcinków. Głupota obdarzona siłą – straszliwa kombinacja.
    Wszystkich moich znajomych Niemców za ten idiotyczny incydent wypada mi przeprosić. Verzeiht, bitte (mam nadzieję, że zrozumiałem rozdział o Der Imperativ…)

Ball and Chain

    Na FB znajoma zamieściła – z okazji tego, że na koniec lata zrobiło się lato naprawdę – krótki film, na którym Janis Joplin śpiewa „Summertime”, a potem jeszcze „Ball and Chain”. To akurat dwie piosenki, które w jej wykonaniu lubię najbardziej… – choć napisałem to zdanie i zaraz czuję jego stylistyczną niedorzeczność, bo to przecież nie byle „piosenki”, a co do czasownika „lubię”, to chyba trudno znaleźć dalszy od tego dreszczu, który czuję za każdym razem, gdy je słyszę. Już nie wspomnę, że oczy mi się szklą.
    Mam, oczywiście, album Joplin z koncertowymi nagraniami i jest to jedna z najrzadziej włączanych przeze mnie płyt. To zaś nie z powodu dezaprobaty, ale z grozy i lęku. Czasem wydaje mi się, że gdybym pewnego dnia tę akurat płytę zapętlił i słuchał uważnie, nie doczekałbym wieczoru. To za mocne. Śpiew Janis nie mieści się w ogóle w tym, co nazywamy muzyką, nie sposób użyć jakiegoś zwyczajowego przymiotnika, by go określić: nie jest ani ładny, ani nawet przejmujący czy ekspresyjny. Zupełnie tak samo, jak nie powiemy, że „przejmujące” czy „ekspresyjne” jest czyjeś wołanie o ratunek.
    Nazwisko Janis Joplin znam, zdaje mi się, od zawsze (w odróżnieniu od pani z telewizji, która bodaj przed rokiem wspomniała na antenie o Żanis Żoplę) – natomiast pamiętam dobrze moment, kiedy ją po raz pierwszy świadomie usłyszałem. Było to pewnej niedzieli w drugiej połowie lat 70. (więc zadziwiająco późno). Wróciliśmy całą rodziną z kościoła i ojciec, jak zwykle o tej porze, włączył Trójkę. A tam akurat nadali „Summertime”. Słyszałem ten temat wielokrotnie i w wersji oryginalnej, to znaczy operowej, i w wersji orkiestry Gila Evansa, i w wykonaniu comba Milesa Davisa, i jeszcze w kilkunastu chyba innych wykonaniach – ale to, co dobiegło z radia, spowodowało, że nastolatek, którym byłem, znieruchomiał (cokolwiek wtedy robiłem), a we wspomnieniu wszystko zamarło, ono wyświetla mi się w postaci stopklatki: ojciec w kącie wersalki za gazetą, mama ze szklanką herbaty w drzwiach kuchni, siostra zatrzymana w pół kroku w drodze do swojego biurka. Nikt się nie rusza, płynie tylko ta pieśń.
    To może kwestia braku szczęścia, a może nagrania Joplin rzadko wtedy gościły na antenie, bo wydaje mi się, że potem przez wiele lat Janis to dla mnie było tylko tamto niedzielne południe i blaknąca pamięć o „Summertime”. Aż skończyłem studia, zacząłem pracę na UW i za swoją pierwszą pensję (w całości) kupiłem w komisie winyl z jej „Greatest Hits”. Zdaje się, że moja ówczesna żona nie protestowała, bośmy byli miesiąc po ślubie i ten akt szaleństwa usprawiedliwiały trochę pozostałe po weselu prezenty w postaci kopert z zawartością… (Wiele lat później odkupiłem sobie ten sam materiał na CD i kosztował mnie wtedy 39 złotych). No więc ta właśnie płyta kończy się wykonaniem „Ball and Chain” z długim monologiem artystki, który wyłania się z wokalizy solo i w wokalizę się po kilku minutach obraca. To właśnie wtedy uświadomiłem sobie, że śmierć Joplin w wieku 27 lat była przez nią bezwiednie zapowiadana za każdym razem, gdy wychodziła na scenę. Nie sposób tak śpiewać i żyć długo. O czymkolwiek były teksty poszczególnych utworów, w jej wersji zawsze mówiły, że żyć nie sposób, w każdym razie bez miłości, a tej nie ma.
    I teraz, proszę sobie wyobrazić: kilka dni temu jesteśmy z Ukochaną w Kołobrzegu, pijemy piwo, a z głośnika nad barem leci jakaś dyskotekowa muzyczka. I nagle słyszę, że tfurca tego umpa, umpa WYSAMPLOWAŁ z nagrania „Ball and Chain” ów monolog Janis i wkleił do swojego dzieła. Tommorow never happens, man… It’s only the same fuckin’ days, man… It’s like a ball and chain… A w tle wciąż to um-cyk, um-cyk. Młodsi ode mnie może nawet wiedzą, kto popełnił tę profanację; może to jakiś znany DJ. Co do mnie, piwo stanęło mi w gardle.

Berlin, a w nim Ona

    Kilka dni w Berlinie. Chyba czwarty raz tam jestem. Powoli przekonuję się do tego miasta. Kiedy przyjechałem po raz pierwszy, w 2000 roku, zafascynowały mnie ślady muru – może dlatego, że z mojego lokum miałem widok na charakterystyczny zakręt ulicy, której środkiem mur przebiegał – ale sam Berlin wydawał mi się raczej pokiereszowany przez historię, niż ładny czy nastrojowy. Nie miał zuchwałej, choć nieco wyliniałej urody Paryża, nie był śliczny jak Budapeszt, oszalały od przestrzeni jak Moskwa, egzotyczny jak Buenos Aires. W dodatku jego poszczególne dzielnice nie składały mi się w całość i na Kreuzbergu wydawało mi się, że jestem daleko od Mitte, a w Mitte – na innej planecie, niż w Stieglitz.
    Dopiero z czasem zacząłem się rozsmakowywać; możliwe zresztą, że naprawdę smak miał tu sporo do powiedzenia, bo zakochałem się w Berliner Weiße grün.

Berliner Weisse

A poza tym przyjaciele berlińscy pokazali mi trochę rzeczy spoza turystycznej jazdy obowiązkowej. Przy czym, śmieszna rzecz: przy całej mojej germanofilii (może lekko przesadzam z tym słowem, ale na tle dzisiejszej propagandy, straszącej nas bez sensu Niemcami, przesuwam się niewątpliwie w tym kierunku) wychowanie nie pozostaje bez śladu – i sympatyzując z tym społeczeństwem, które potrafiła się przeorać w latach 60. i w obawie przed demonami z przeszłości stara się być obecnie „świętsze od papieża”, czuję tam przecież, jakbym przybywał do kraju oswojonych zombie. Resztki architektury nazistowskiej oglądam z dziwaczną nawet dla mnie samego ekscytacją. Na zapleczu Stadionu Olimpijskiego, gdzie rozpościera się do dziś Pole Majowe, będące przed osiemdziesięciu lat terenem Parteitagów, chodziło mi tym razem po głowie zdanko, znalezione w sieci, mówiące zresztą pierwotnie o kim innym: „Miały rozmach, sk…syny”. W czym trudno dosłuchać się WYŁĄCZNIE potępienia…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Zdjęcie ciemne, ale padał deszcz; zresztą, może tak powinno być…

    Zresztą: czy myśmy tak naprawdę przerobili myślowo tę straszliwą przygodę zachodnich sąsiadów, którzy, będąc jednym z najbardziej kulturalnych narodów świata, na dwanaście lat stoczyli się w otchłań prymitywnego bestialstwa? Czy nie pozostajemy na poziomie rozpoznań rodem z „Czterech pancernych”, gdzie piękni i dobrzy Polacy (wraz z sympatycznymi – ! – Rosjanami) walczą przeciw brzydkim, złym, a ponadto głupkowatym Niemcom (wspomnijcie Kugla)? Nazwiska wybitnych ludzi, których na dłużej lub krócej uwiódł nazizm (Leni Riefenstahl, Gotfried Benn, Emil Nolde, Werner Heisenberg, Martin Heidegger, a spoza Rzeszy Knut Hamsun, Ezra Pound, a nawet Carl Gustav Jung) podpowiadają, że coś się nam wymyka.
    Ale dość o tym (będąc Polakiem z rodziny pokiereszowanej w latach 1939-1945, trudno tak całkiem ominąć ten temat). Bo są też wspaniałe muzea berlińskie. A w jednym z nich najpiękniejsza rzeźba, jaką widziałem kiedykolwiek. Nefertiti – tak teraz transkrybuje się jej imię, a znaczy ono podobno: „Piękna, która przychodzi”. Odnaleziona 6 grudnia 1912 roku przez egiptologa Ludwiga Borchardta w warsztacie rzeźbiarza Totmesa w Tell el-Amarna. Dzieło mające dziś prawie 3400 lat, dzieło nieprawdopodobne, choć żadna fotografia nie oddaje jego uroku – w pierwotnym znaczeniu słowa „urok”, bo ono opanowuje, zniewala, pogrąża w czarze trudnym do przezwyciężenia. Tym razem uderzył mnie niewiarygodny realizm przedstawienia: Nefertiti ma odrobione najdrobniejsze fałdki na policzkach od nieznacznego uśmiechu, napięte ścięgna wydłużonej szyi, skórę rozciągniętą przez wyprostowane ramiona (które sobie dopowiadamy wyobraźnią). A przy tym jest (rzeźba? żywy pierwowzór, żona Echnatona?) piękna pięknem nie z tego świata.

skanowanie0003

skanowanie0004
    I do tego szereg pytań: dlaczego pozostała porzucona przy schodach do warsztatu? Co znaczy fakt, że w lewym oku brakuje tęczówki? Jakim cudem sława kogoś, kto ją wyrzeźbił, nie przyćmiła przez kolejnych trzydzieści z górą stuleci wszystkich nieszczęsnych – na jej tle – wyrobników, jak Fidiasz, Michał Anioł czy Rodin? I co się dokładnie stało z królową, która zdaje się, mówiąc nawiasem, jakimś znów nieprawdopodobnym rzutem intuicji stworzyła wraz z mężem wiarę w jednego Boga w TRZECH OSOBACH?
    Kiedy dotarliśmy z Ukochaną do sali z Nefertiti, mieliśmy szczery zamiar obejrzeć Neues Museum w całości, do końca. Zaczęliśmy, jak należy, od podziemi, i szliśmy powoli, a przecież po spotkaniu z tą rzeźbą straciliśmy serce do dalszego ciągu i przemaszerowaliśmy pozostałe sale w pośpiechu, nie chcąc zatrzeć pod powiekami tamtego widoku, tamtego spotkania.
    Więc i ja – może tymczasem – na Nefertiti zakończę.

Przerwa wakacyjna (część druga)

    A zatem oddalam się (na jakiś czas).

20160814_122424

    Do przeczytania w końcu sierpnia!

Rozliczenie nocne

    Nikt nie lubi, kiedy ktoś robi z niego głupka. Pewnie dlatego, mimo przespania problemu, ten cały czas za mną chodzi.
    Było tak: wczoraj późno w nocy znalazłem na FB materiał sugerujący, że PiS przygotowuje na jesień tzw. ustawę depozytową, przywracającą znany z PRL obowiązek zdawania paszportów po powrocie z zagranicy do wyznaczonego urzędu. Nie dowierzając, ale jednak czując niepokój, zacząłem szukać źródła i dotarłem do felietonu na internetowej stronie Wyborczej, którego autorką była nieznana mi bliżej pani Jola Sacewicz. Na FB umieściłem zatem wpis z apelem, żeby ktoś tę informację zweryfikował i, gdyby była prawdziwa, podniósł alarm. Po kilkunastu minutach miałem już odpowiedź: jeśli bardzo uważnie ów felieton czytać, można się pod koniec zorientować, że to rodzaj political-fiction, które na zmyślonych przykładach ilustruje, jakie MOGĄ być konsekwencje paraliżu Trybunału Konstytucyjnego.
    Ale co się dzieje dalej: ten mój apel zaczyna być na FB powielany i szerzony („szerowany”) już bez wyjaśnień pod nim, czyli zaczyna funkcjonować nie jako pytanie, czy projekt „ustawy depozytowej” to autentyk, lecz jako alarm, że owszem. Równocześnie inni internauci powielają go z komentarzem, że Sosnowski zwariował i niebawem uwierzy, że Jarosław Kaczyński ma rogi, ogon i racicę (jedną). Niespecjalnie mnie pocieszyło, że przynajmniej w jednym komentarzu przy moim nazwisku było słówko „nawet” („nawet Sosnowski zwariował”).
    Zirytowany zatem na redakcję internetowego wydania „Wyborczej”, bo ewidentnie mnie podpuściła, przez noc zastanawiałem się – no, nie przez całą; wtedy, gdy akurat nie spałem – dlaczego byłem gotów w ten „fake” uwierzyć. Żeby w tym punkcie nie było nieporozumień: uważam, że jesteśmy w tej chwili tak na siebie wściekli (my – przeciwnicy PiSu na jego zwolenników i odwrotnie), że dolewanie oliwy do ognia za pomocą podobnych felietonów jest haniebne. Z drugiej wszakże strony bez wysiłku przypomniałem sobie takie oto realne posunięcia (wykonane bądź planowane w najbliższym czasie) obecnych władz:
1. scalenie TVP i Polskiego Radia (planowane) i podporządkowanie ich rządowi (wykonane pod kiepskim kamuflażem) – co jest pomysłem rodem z PRL, bo to się nazywało Radiokomitet;
2. odtworzenie peerelowskiej struktury władzy z przywódcą państwa w postaci szefa partii, któremu podporządkowani są w praktyce prezydent i premier (w PRL byli to odpowiednio: I sekretarz KC PZPR, przewodniczący Rady Państwa i premier);
3. przekształcenie Wiadomości TVP 1 w program propagandowy, bardzo zbliżony w poetyce do Dziennika TVP z lat 80., czyli znów z okresu PRL-u;
4. konsekwentne przedstawianie przeciwników obecnych władz jako przeciwników narodu (tak w przemówieniach prezesa PiS oraz w wystąpieniach zafascynowanych nim dziennikarzy), co niezwykle przypomina sposób, w jaki propaganda PRL przedstawiała „dysydentów”;
5. liczne zmiany w przepisach, przenoszące decyzje jak najwyżej, czyli dążenie do powtórnej centralizacji państwa – powtórnej, bo w okresie PRL-u było ono scentralizowane;
6. wielomiesięczna akcja zmierzająca do sparaliżowania Trybunału Konstytucyjnego, czego efektem musi być zamienienie Konstytucji RP w zbiór ładnie brzmiących haseł bez praktycznego znaczenia – czyli nadanie jej dokładnie tego samego statusu, jaki miała Konstytucja PRL;
7. wprowadzanie elementów cenzury (w tej mierze, w jakiej to możliwe wobec istnienia internetu i mediów prywatnych) – np. działania ministra kultury wobec spektaklu we wrocławskim Teatrze Polskim, narzucenie ściśle zdefiniowanej linii postępowania Instytutom Polskim, sekowanie tłumaczeń niesprzyjających władzom pisarzy poprzez wycofanie dotacji, usunięcie z mediów rządowych dziennikarzy, którym władze nie mogą ufać itd. – a instytucja cenzury to przecież jeden z filarów systemu władzy w PRL;
8. umizgi do skrajnej prawicy (vide: wypowiedzi min. Zaleskiej o Jedwabnem, licznych polityków PiS na temat kiboli) – co przypomina okres 1967-1968, na szczęście toutes proportions gardées, jak dotąd;
9. wznowienie gomułkowskiej z ducha wizji Niemiec jako jednego z podstawowych zagrożeń polskiej niepodległości, co zresztą jest jawnym anachronizmem;
10. podporządkowanie prokuratury generalnej ministrowi sprawiedliwości, co znów odtwarza element struktury władzy w PRL;
11. wprowadzenie kultu przywódcy (to zostawmy bez komentarza, bo oczywisty);
12. zlikwidowanie do reszty OFE (co zaczęła PO, tracąc we mnie definitywnie swojego wyborcę) i przywrócenie nieefektywnego ZUS-u, od czego po 89 roku udało się odejść;
13. planowane stworzenie uzbrojonych oddziałów Obrony Terytorialnej, do których mogliby wejść członkowie ugrupowań skrajnie prawicowych, co jest pomysłem GORSZYM, niż pomysły PRL-owskie.
    To chyba nawet nie wszystko, ale na trzynastym punkcie się zatrzymajmy. Oto kontekst, w którym na nieprawdziwą informację o planowanym pozbawieniu obywateli swobody podróżowania człowiek, broniący się przed histerią, myśli „to niemożliwe”, ale jednak postanawia sprawdzić, czy coś nie jest na rzeczy. Zwolennikowi władz sytuacja, w której trudno już odróżnić zarzut absurdalny (!) od rzeczywistego, powinna chyba dać do myślenia. Co nie zmienia faktu, że redaktor, który puścił wspomnianą na początku publikację pani Joli Sacewicz, powinien napić się zimnej wody, że o kompresie na głowę nie wspomnę.

My Best Friend’s Wedding

    Obejrzeliśmy sobie – nie pierwszy raz – „Mój chłopak się żeni”. No dobrze, sam wyrzekam na komedie romantyczne, ale dla kilku robię wyjątek. A tu w dodatku jest Ruppert Everett. Czasem mi się zdaje, że ta piękna rola robi więcej dla równouprawnienia homoseksualistów niż niejedna manifestacja.
    Przy okazji Andrzej Walczak podesłał mi polski tekst piosenki Burta Bacharacha i Hala Davida „I Say a Little Prayer”, która odgrywa tu ważną rolę. W przededniu wyjazdu na dalszy ciąg wakacji pozwalam sobie Państwu ten tekst ofiarować. Można śpiewać – słowa dopasowane są do wersji Dione Warwick. (A jeśli wolno mi Walczaka pochwalić, rozkład rytmiczny słów w refrenie to była niełatwa łamigłówka…).

Gdy tylko się budzę,
I w lustro spoglądam dłużej
Do ciebie cicho modlę się
Gdy włosy układam
I myślę, co włożyć z rana
Do ciebie cicho modlę się

Na zawsze, na zawsze, ty na serca dnie
Ja tak kocham cię
Na zawsze, na zawsze, nie porzucisz mnie
Ja tak kocham cię
We dwójkę na zawsze, i tak musi być
Bo bez ciebie żyć
Znaczyłoby w rozpaczy tkwić

Na tramwaj wychodzę
I o nas rozmyślam w drodze
Do ciebie cicho modlę się
Gdy w pracy czas trawię
A zawsze gdy piję kawę
Do ciebie cicho modlę się

Na zawsze, na zawsze, ty na serca dnie
Ja tak kocham cię
Na zawsze, na zawsze, nie porzucisz mnie
Ja tak kocham cię
We dwójkę na zawsze, i tak musi być
Bo bez ciebie żyć
Znaczyłoby w rozpaczy tkwić

Do ciebie cicho modlę się

Do ciebie cicho modlę się

Na zawsze, na zawsze, ty na serca dnie
Ja tak kocham cię
Na zawsze, na zawsze, nie porzucisz mnie
Ja tak kocham cię
We dwójkę na zawsze, i tak musi być
Bo bez ciebie żyć
Znaczyłoby w rozpaczy tkwić

Kochanie, dziś uwierz
Że nikt się nie liczy
jak ty
Kochaj mnie więc
Tak zakochałam się
Odpowiedz mi,
Że kochasz także ty

Codziennie, przecież to wiesz,
Co dzień do ciebie cicho modlę się
Co dzień co dzień do ciebie modlę się

Wyznania byłego nauczyciela

    Ostatnio trudno mi nie myśleć na nowy sposób o latach, kiedy byłem nauczycielem w szkole średniej. A to w związku z powtarzającymi się informacjami, że znaczna część młodzieży w Polsce opowiada się za prawicą i to w jej ekstremalnym, nacjonalistycznym (a nie konserwatywnym) kształcie. Co prawda nie wiem nic o tym, żeby przydarzyło się to któremuś z moich wychowanków. Ale nie mogę tego wykluczyć, bo ich dalsze losy śledzę tylko o tyle, o ile niektórzy nawiązali ze mną kontakt przez FB. Zresztą nawet jeśli oni akurat nie ulegli ekstremistycznej pokusie, to niewiele zmienia, bo byłem uczestnikiem pewnego projektu edukacyjnego, z moim sposobem uczenia nie odstawałem chyba nadmiernie od krajowej normy (mam nadzieję, że w przyzwoitym wydaniu), więc i tak pozostaje pytanie, co NAM się nie udało. Czego nie wzięliśmy pod uwagę. Gdzie popełniliśmy błędy.
    W szkole, w której uczyłem, ważna była zasada, że nauczyciel nie jest od prowadzenia politycznej indoktrynacji. Granica między polityczną indoktrynacją a wychowaniem zorientowanym na jakieś określone wartości nie jest jednak czytelna: to znaczy łatwo odróżnić od siebie przypadki skrajne, ale na terenie przygranicznym pojawia się mgła nieokreśloności: co jeszcze wolno, a czego już nie. Przypuszczam, że więcej było we mnie lęku, że zacznę indoktrynować, niż lęku, że moje wychowywanie będzie zbyt „czyste”, zbyt oderwane od politycznego konkretu – co siłą rzeczy oddalało mnie od wypowiedzi na tematy bieżące. Jeśli i inni nauczyciele tak mieli, mogło to nas wstrzymywać przed mówieniem tego, co jednak należało powiedzieć.
    Przy tym podzielaliśmy chyba wszyscy dwa przekonania, z których jedno wydaje mi się dzisiaj mylne na pewno, a drugie – być może. Pierwsze – to żywe w latach 90. (uczyłem od 1995 do 2002 roku) uznanie uczuć patriotycznych za tyleż oczywiste, co intymne. Ktoś, kto często na swoich wargach ma imię Ojczyzny, był dla nas kimś takim, jak gość, który wszystkich dokoła zapewnia, że kocha swoją mamę: niby urocze, a jednak trochę żenujące, a ostatecznie wręcz podejrzane, że o tym ciągle gada. W dodatku mieliśmy w świeżej pamięci niemiłosierne wykorzystywanie motywów patriotycznych w propagandzie jaruzelskiej i przez to ich formy wyrazu były w naszych oczach w niemałym stopniu skompromitowane. Pamiętam, jak już po moim odejściu ze szkoły z jakiejś ankiety rozpisanej wśród uczniów wynikło, że zdaniem uczniów w szkole na akademiach należałoby śpiewać hymn – i jakie okrągłe oczy mieli nauczyciele (łącznie ze mną), bo na podstawie własnej edukacji uważaliśmy śpiewanie hymnu na apelach za pusty rytuał, któremu przeciwstawialiśmy zresztą pozasystemowe formy wyrazu (wspominałem tu już kiedyś, jak młodzież, którą przy Mazurku Dąbrowskiego podrywał do postawy na baczność pan od Przysposobienia Obronnego, manifestacyjnie wstała sama, kiedy podczas akademii szkolnej zaśpiewaliśmy Rotę). Więc jeśli teraz czytam, że niezagospodarowany przez środowiska liberalne teren skolonizowała radykalna prawica, to myślę ze smutkiem, że tak, tę winę muszę wziąć także na siebie, choć intencje mieliśmy szlachetne. Ale dobrymi chęciami wybrukowane jest, jak wiadomo, piekło.
    Drugie przekonanie, którego bym dzisiaj mimo wszystko ciągle jeszcze trochę bronił, wiązało się z wiarą w przekonującą moc samych faktów. Że, innymi słowy, nie wszystko musi zostać dopowiedziane do końca, stać się przedmiotem wykładu, gdyż wynika pośrednio z tego, co w ogóle mówimy i jak się w ogóle zachowujemy. Na przykład dyskusję na temat antysemityzmu na moich lekcjach pamiętam tylko jedną, gdy omawiając „Nie-boską komedię” Krasińskiego usłyszałem z ust jednego z moich uczniów jakieś słowa ewidentnie wrogie Żydom. A przecież o „Nie-boskiej komedii” mówiłem co roku, i co roku coś trzeba było zrobić z ewidentnie niegodziwym wątkiem „przechrztów” w tym skądinąd genialnym tekście. Ale to się działo mimochodem. Dziś zapewne mówiłbym mocniej: nienawiść jest trująca zarówno dla psychiki indywidualnej, jak zbiorowej; po Holokauście poglądy antysemickie (czy „judeosceptyczne”, bo tak teraz przedstawiają się zwykle antysemici) oznaczają stanięcie w jednym szeregu z oprawcami z Babiego Jaru i Treblinki; kategoria „Żyda” w dyskursie antysemickim jest nieostra, zgodnie z przypisywanym bodaj Goebbelsowi powiedzeniem „to ja decyduję, kto jest Żydem, a kto nie” (żaden z myszkujących podejrzliwie po naszych drzewach genealogicznych nie będzie twierdził, że Matejko był Czechem, a Zanussi – Włochem); i tak dalej. Nie przypuszczam również, bym traktował wtedy, kilkanaście lat temu, jako osobny temat kwestię miejsca, jakie w hierarchii wartości winien zajmować naród: wysokiego, ale nie najwyższego, nie absolutnego! Choć zdaje mi się, że niejako przy okazji nie mogłem o tym nie wspominać. Klasyka literatury polskiej, od mesjanizmu Mickiewicza, przez myśl krytyczną Wyspiańskiego, po Gombrowicza, Białoszewskiego i Mrożka stwarza bez przerwy okazję, by uodparniać na sprowadzanie osoby ludzkiej do komórki narodowego organizmu. I to w końcu Norwid (a nie np. Gombrowicz) pisał, że „Polak jest olbrzym, a człowiek w Polaku jest karzeł”, więc to człowieczeństwo należy rozwijać w sobie, gdyż polskość jest już spontanicznie rozwinięta, może aż nadto. Już poza programem szkolnym mieściła się genialna uwaga Micińskiego – ale chyba zdarzyło mi się ją przytaczać – „Cóż jest być Polakiem, jak że stać się sobą?”.
    Co teraz robić z całym tym pasztetem (w najnowszym „Tygodniku Powszechnym” pisze o nim przejmująco Magdalena Kicińska)? Coraz częściej wracam myślami do pozytywistów i ich koncepcji „pracy u podstaw”. Z powrotem do fundamentów. Jasno mówić, w co się wierzy. Przypominać fakty (np. ten, że to polityka nacjonalistów – z obu stron zresztą, ale to nasi zaczęli – przygotowała straszliwą rzeź wołyńską). Internet to niezłe miejsce. Zaglądają do niego nie tylko ci, którzy mają już jedynie swoje niewzruszone przekonania – także ci, których głowy są jeszcze otwarte.